Po długiej nieobecności, bez zbędnych tłumaczeń, bez kajania, "przychodzę" do Was ze szczyptą przemyśleń. Choć pomysł na ten post zrodził się w mojej głowie dawno temu, chyba jeszcze przed założeniem bloga, to dopiero dziś go tworzę. To bowiem właśnie dziś chciałabym się dowiedzieć, co dla Was [niań, opiekunów, pedagogów, nauczycieli, Rodziców] jest najtrudniejsze w pracy z Dziećmi, a jednocześnie chciałam się z Wami podzielić moimi osobistymi spostrzeżeniami [mam nadzieję, że krótko, zwięźle i na temat ;)].
1. Nowe, nieznane, niespodziewane
Jednym z największych wyzwań w pracy z Dziećmi [rzecz jasna dla mnie] są sytuacje zupełnie nowe, niespodziewane, do tej pory mi nieznane. Nie boję się bowiem, np. osławionego buntu dwulatka, który w jakimś stopniu mogę przewidzieć i na który niejako mogę się przygotować. Nie stresują mnie: "przysłowiowe wymuszania", "często słyszane NIE", czy ogólnie pojęte "urwisowanie". Nie tracę cierpliwości, gdy Maluch się ze mną nie zgadza i stara się postawić na swoim [swoją drogą Dziecię to przecież autonomiczna jednostka! Kiedy, jak nie teraz, ma się nauczyć asertywności ;)?].
Za to sytuacje niespodziewane, które zdarzają się nagle [i nie, nie musi to być coś o wyjątkowo dużym kalibrze] potrafią sprawić, że wskakuję na wysokie obroty, które w konsekwencji podnoszą poziom stresu i meczą. Wówczas bowiem, i to najlepiej w ciągu jednej minuty, trzeba zebrać myśli, poukładać je, przeprowadzić szybką analizę stanu rzeczy i wypracować sensowne rozwiązanie, na dodatek takie, które również będzie odpowiadać Rodzicom [ale o tym, to już w kolejnym punkcie].
2. Poprawka na Rodziców
Większość decyzji związanych z Podopiecznymi, podejmuję biorąc uprzednio pod uwagę Rodziców, ich metody wychowawcze i poglądy. Hmm... jakby to inaczej ująć? Bardzo często swoje reakcje przepuszczam najpierw przez niewidzialną kalkę ;), tzn. zastanawiam się, czy w danej sytuacji Rodzice właśnie tak by zareagowali, czy takiego zachowania w stosunku do ich Pociechy oczekiwaliby ode mnie? Tutaj od razu nadmienię, że to nie oznacza, że działam niesamodzielnie, jedynie pod dyktando, lub że nie praktykuję własnych [skutecznych, bo i wypracowanych na bazie doświadczenia] metod. Po prostu zawsze liczę się ze zdaniem Rodziców, które w przypadku ich Dziecka jest najważniejsze. Ot po prostu.
Muszę przyznać, że lata praktyki pozwoliły mi ten proces skrócić do minimum [może ułamków sekundy?] i działam niemal automatycznie. Choć fakt, grunt to w miarę dobrze poznać Rodziców i ich oczekiwania, a jeszcze lepiej, gdy ma się podobne poglądy i wyznaje podobne zasady :).
3. Oddziaływanie na Maluszki; przemęczenie i inne nieciekawe stany ;)
Każdy rodzaj pracy z ludźmi, nieważne czy dorosłymi, czy tymi nieco mniejszymi, wymaga od nas zaangażowania. Wszystkie nasze emocje, niejednokrotnie w sposób niekontrolowany, przekazujemy bowiem tym, którzy z nami przebywają. Taaak, Dzieciom to już w szczególności! To właśnie Maluchy, które chyba mają wbudowany jakiś radar ;), są najlepszą grupą odbiorców naszych nastrojów.
Właśnie stąd, doskonale zdaję sobie sprawę, że każde moje gorsze samopoczucie [a ciężkie dni i mi niekiedy się zdarzają. No, tak, jestem tylko człowiekiem!] odbija się nie tyle bezpośrednio na Podopiecznym, ile na efektywności i efektowności spędzanego czasu. Oj, bywa czasem pod górę ;).
Mogłabym jeszcze dodać:
4. Odpowiedzialność za rozwój i zapewnienie bezwzględnego bezpieczeństwa
... ale myślę, że to jest "oczywista oczywistość" i tutaj nie muszę się więcej rozpisywać.
Żeby jednak nie było tak teoretycznie, podzielę się z Wami przykładami wyzwań [dla mnie chyba najtrudniejszymi], z jakimi przyszło mi się zmierzyć w czasie mojej krótkiej kariery zawodowej:
- pierwszy i ostatni dzień w mojej pierwszej pracy, której zresztą w ogóle nie ujmuję w zawodowym życiorysie [miałam wówczas 19 lat]. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej Podopieczna/Podopieczny nie był obecny, a Rodzice zataili przede mną ważną informację dot. zdrowia Dziecka. Nie jestem pedagogiem specjalnym, a to, że wówczas nie miałam doświadczenia również nie pomagało. Nie było więc siły, żebym sobie w zaistniałej sytuacji poradziła. Jeszcze w ten sam dzień zrezygnowałam.
- strach Maluszka przed kupką, który pojawił się zupełnie nagle. Mimo braku problemów z wypróżnieniem i wcześniejszą "stycznością" z "tym materiałem" [wygląd, zapach, itd.],
- uderzenie piłką przez Podopieczną/Podopiecznego na boisku pełnym jej/jego koleżanek/kolegów,
- Rodzice, którzy często zmieniali zdanie, np. na temat tego, co Dziecku wolno, a czego nie. Ciężko mi było nadążyć za oczekiwaniami, które niejednokrotnie były sprzeczne. Niestety, słaba komunikacja tego nie ułatwiała.
To by było na tyle mojego uzewnętrzniania się. A co według Was/dla Was/z Waszej perspektywy [pedagoga, opiekuna, Rodzica] jest najtrudniejsze w pracy z Najmłodszymi? Czy przyszło Wam się zmierzyć z jakimiś wyjątkowo trudnymi sytuacjami? Zachęcam, abyście właśnie w tym miejscu podzielili/podzieliły się swoimi przemyśleniami.