czwartek, 17 kwietnia 2014

Kolorowe Figurki Wielkanocne
Praca plastyczna dla Maluszków

    Święta Wielkanocne tuż, tuż. Z tej okazji również i my [tzn. wraz z Podopieczną] postanowiłyśmy wykonać kilka prac plastycznych nawiązujących doń tematycznie.
    Jednak, jako że nasz tydzień przedświąteczny znacznie się skrócił [tak, tak, ja już urlopuje ;)] i został nam tylko jeden dzień na zrobienie wszystkich zaplanowanych prac, nasze świąteczne dzieła są bardzo proste. Nie wymagają bowiem ani wielkich przygotowań, ani poświecenia dużej ilości czasu na samo ich wykonanie.
    Bez zbędnego przedłużania wstępu, prezentuję Wam wytwory, które jako pierwsze udało nam się wczoraj stworzyć. Są nimi Kolorowe Wielkanocne Figurki.

    Aby powstały takie cuda, wystarczy zdobyć styropianowe formy w odpowiednich kształtach [dostępne, np. w pasmanteriach; koszt od 1zł], a następnie ozdobić je według uznania, np. pomalować farbkami.
    Malutka, która uwielbia wszelkiego rodzaju aktywności plastyczne, była zachwycona malowaniem form przestrzennych [do tej pory maziałyśmy tylko na płaszczyznach dwuwymiarowych ;)]. Oczywiście przy malowaniu tego typu powstaje też nieco więcej bałaganu niż zazwyczaj, ale do przejścia. Przy mojej Podopiecznej to już w ogóle pikuś! Malutka bowiem, gdy ma niemiłosiernie upaćkane rączki, sama samiusieńka, nawet można by rzec, że z najszczerszą chęcią, podnosi je do góry i zmierza wprost do łazienki, powtarzając przy tym uroczo: "uwaziać, nie dotknąć, nie ubludzić"!
    Nasza zabawa trwała dobre 30 minut. W tym czasie pomalowane zostały: 2 jaja [jedno to dzieło Wikusi, drugie moje], baranek [w większości ozdobiony przez Malutką, ja tylko pomagałam] i kurczaczek [tu odwrotnie. Na zdjęciach widać nawet jego dwie odsłony ;)]. Pozostałe figurki zostawiłyśmy dla starszej siostrzyczki Podopiecznej, coby też mogła się kreatywnie wyżyć. Od razu tu dodam, iż pozostawienie dla siostry form w kształcie jajka i królika było decyzją Malutkiej :)!
    Co tu więcej pisać? Ze względu na prostotę pomysłu chyba mogę zakończyć posta w tym miejscu. Podsumowując, na klawiaturę ciśnie mi się jedynie: no, bo kto powiedział, że baranek nie może być kolorowy jak pisanka ;)?

   Za tę pracę plastyczną dajemy zasłużone 5 gwiazdek. Mam nadzieję, że mimo kiepskich zdjęć [ech ta pochmurna pogoda zmuszająca do użycia lampy błyskowej] dostrzeżecie na nich to co w dziełach najważniejsze.

sobota, 12 kwietnia 2014

Ene, due, rabe... Są boćki, nie ma [jeszcze!] żabek ;).
Praca plastyczna: Bociany z płatków kosmetycznych

    Szukając inspiracji na wiosenne prace plastyczne dla Maluszków, natrafiłam w Google na grafikę przedstawiającą ciekawe i proste w wykonaniu bociany z płatków kosmetycznych. Po kliknięciu na zdjęcie zostałam odesłana na bloga mama w domu, czyli stronę pełną pomysłów na aktywne i kreatywne spędzanie czasu z Dziećmi. Co tu dużo "gadać", sama przecież się nimi zainspirowałam ;). Do rzeczy.
    W zeszły czwartek, korzystając z pomysłu owej blogowiczki, zrobiłyśmy [wraz z Malutką] wesołe, wiosenne bociany. Do ich wykonania potrzebne nam były zaledwie: płatki kosmetyczne vel. waciki, czerwony papier kolorowy lub techniczny, czarny pisak i klej/dwustronna taśma klejąca. No, tak, na głowach naszych boćków znalazły się także ruchome oczy, ale kto czyta bloga, ten już wie, że u nas to jeden ze stałych "punktów programu" ;).

    Pierwszego długonogiego ptaka zrobiłyśmy wspólnymi siłami, z przewagą mojego instruktażu ;). Jak to zwykle u nas bywa był to taki pokazowy model:

    Pozostałe bociany to w większości dzieło Podopiecznej.
    Największą frajdę sprawiło jej oczywiście mazianie klejem [co zresztą gdzieniegdzie widać ;)] i dekorowanie gotowych wytworów pisakiem [taaaa, dzięki czarnemu flamastrowi jeden bociek wygląda jak po zażywaniu kąpieli błotnej ;)].

    Muszę przyznać, że boćki niezwykle przypadły do gustu Malutkiej. Oprócz tego, że praca plastyczna jest całkiem efektowna, to na dodatek prosta w wykonaniu [nawet niespecjalnie rozpisywałam się nad kolejnością jej tworzenia].
    Po powrocie Rodziców Mały Słodziak przypisał wszystkim ptakom odpowiednie role. I tak oto powstała Rodzina Bocianów: Mama, Tata i Dzidziuś. Niedługo w domu Podopiecznej pojawią się także żabki, tak do kompletu ;). Na pewno się nimi tutaj pochwalimy. A tymczasem pierzastym dajemy:

niedziela, 6 kwietnia 2014

Najtrudniejszy pierwszy krok?


    Po długiej nieobecności, bez zbędnych tłumaczeń, bez kajania, "przychodzę" do Was ze szczyptą przemyśleń. Choć pomysł na ten post zrodził się w mojej głowie dawno temu, chyba jeszcze przed założeniem bloga, to dopiero dziś go tworzę. To bowiem właśnie dziś chciałabym się dowiedzieć, co dla Was [niań, opiekunów, pedagogów, nauczycieli, Rodziców] jest najtrudniejsze w pracy z Dziećmi, a jednocześnie chciałam się z Wami podzielić moimi osobistymi spostrzeżeniami [mam nadzieję, że krótko, zwięźle i na temat ;)].

1. Nowe, nieznane, niespodziewane
    Jednym z największych wyzwań w pracy z Dziećmi [rzecz jasna dla mnie] są sytuacje zupełnie nowe, niespodziewane, do tej pory mi nieznane. Nie boję się bowiem, np. osławionego buntu dwulatka, który w jakimś stopniu mogę przewidzieć i na który niejako mogę się przygotować. Nie stresują mnie: "przysłowiowe wymuszania", "często słyszane NIE", czy ogólnie pojęte "urwisowanie". Nie tracę cierpliwości, gdy Maluch się ze mną nie zgadza i stara się postawić na swoim [swoją drogą Dziecię to przecież autonomiczna jednostka! Kiedy, jak nie teraz, ma się nauczyć asertywności ;)?].
    Za to sytuacje niespodziewane, które zdarzają się nagle [i nie, nie musi to być coś o wyjątkowo dużym kalibrze] potrafią sprawić, że wskakuję na wysokie obroty, które w konsekwencji podnoszą poziom stresu i meczą. Wówczas bowiem, i to najlepiej w ciągu jednej minuty, trzeba zebrać myśli, poukładać je, przeprowadzić szybką analizę stanu rzeczy i wypracować sensowne rozwiązanie, na dodatek takie, które również będzie odpowiadać Rodzicom [ale o tym, to już w kolejnym punkcie].

2. Poprawka na Rodziców
    Większość decyzji związanych z Podopiecznymi, podejmuję biorąc uprzednio pod uwagę Rodziców, ich metody wychowawcze i poglądy. Hmm... jakby to inaczej ująć? Bardzo często swoje reakcje przepuszczam najpierw przez niewidzialną kalkę ;), tzn. zastanawiam się, czy w danej sytuacji Rodzice właśnie tak by zareagowali, czy takiego zachowania w stosunku do ich Pociechy oczekiwaliby ode mnie? Tutaj od razu nadmienię, że to nie oznacza, że działam niesamodzielnie, jedynie pod dyktando, lub że nie praktykuję własnych [skutecznych, bo i wypracowanych na bazie doświadczenia] metod. Po prostu zawsze liczę się ze zdaniem Rodziców, które w przypadku ich Dziecka jest najważniejsze. Ot po prostu.
    Muszę przyznać, że lata praktyki pozwoliły mi ten proces skrócić do minimum [może ułamków sekundy?] i działam niemal automatycznie. Choć fakt, grunt to w miarę dobrze poznać Rodziców i ich oczekiwania, a jeszcze lepiej, gdy ma się podobne poglądy i wyznaje podobne zasady :).

3. Oddziaływanie na Maluszki; przemęczenie i inne nieciekawe stany ;)
    Każdy rodzaj pracy z ludźmi, nieważne czy dorosłymi, czy tymi nieco mniejszymi, wymaga od nas zaangażowania. Wszystkie nasze emocje, niejednokrotnie w sposób niekontrolowany, przekazujemy bowiem tym, którzy z nami przebywają. Taaak, Dzieciom to już w szczególności! To właśnie Maluchy, które chyba mają wbudowany jakiś radar ;), są najlepszą grupą odbiorców naszych nastrojów.
    Właśnie stąd, doskonale zdaję sobie sprawę, że każde moje gorsze samopoczucie [a ciężkie dni i mi niekiedy się zdarzają. No, tak, jestem tylko człowiekiem!] odbija się nie tyle bezpośrednio na Podopiecznym, ile na efektywności i efektowności spędzanego czasu. Oj, bywa czasem pod górę ;).

Mogłabym jeszcze dodać:
4. Odpowiedzialność za rozwój i zapewnienie bezwzględnego bezpieczeństwa
... ale myślę, że to jest "oczywista oczywistość" i tutaj nie muszę się więcej rozpisywać.


    Żeby jednak nie było tak teoretycznie, podzielę się z Wami przykładami wyzwań [dla mnie chyba najtrudniejszymi], z jakimi przyszło mi się zmierzyć w czasie mojej krótkiej kariery zawodowej:

  • pierwszy i ostatni dzień w mojej pierwszej pracy, której zresztą w ogóle nie ujmuję w zawodowym życiorysie [miałam wówczas 19 lat]. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej Podopieczna/Podopieczny nie był obecny, a Rodzice zataili przede mną ważną informację dot. zdrowia Dziecka. Nie jestem pedagogiem specjalnym, a to, że wówczas nie miałam doświadczenia również nie pomagało. Nie było więc siły, żebym sobie w zaistniałej sytuacji poradziła. Jeszcze w ten sam dzień zrezygnowałam.
  • strach Maluszka przed kupką, który pojawił się zupełnie nagle. Mimo braku problemów z wypróżnieniem i wcześniejszą "stycznością" z "tym materiałem" [wygląd, zapach, itd.],
  • uderzenie piłką przez Podopieczną/Podopiecznego na boisku pełnym jej/jego koleżanek/kolegów,
  • Rodzice, którzy często zmieniali zdanie, np. na temat tego, co Dziecku wolno, a czego nie. Ciężko mi było nadążyć za oczekiwaniami, które niejednokrotnie były sprzeczne. Niestety, słaba komunikacja tego nie ułatwiała.

    To by było na tyle mojego uzewnętrzniania się. A co według Was/dla Was/z Waszej perspektywy [pedagoga, opiekuna, Rodzica] jest najtrudniejsze w pracy z Najmłodszymi? Czy przyszło Wam się zmierzyć z jakimiś wyjątkowo trudnymi sytuacjami? Zachęcam, abyście właśnie w tym miejscu podzielili/podzieliły się swoimi przemyśleniami.